#23 Magdalena Witkiewicz - Czereśnie zawsze muszą być dwie

#23 Magdalena Witkiewicz - Czereśnie zawsze muszą być dwie



Czy jedna decyzja może zmienić całe życie? Zosia przekonała się, że tak. Podjęta pod wpływem chwili i presji ze strony rówieśników sprawiła, że przyszłość dziewczyny zaczęła wyglądać zgoła odmiennie. A może tak po prostu miało być? 

To moja trzecia książka Magdaleny Witkiewicz. I zdecydowanie najlepsza. Po "Szkole żon" i "Pensjonacie marzeń" byłam bardzo sceptyczna wobec kolejnych książek tej autorki. Wspomniane pozycje nie zachwyciły mnie w najmniejszym stopniu, wydawały się być pisane na kolanie, po to tylko, żeby coś wydać. Mdła fabuła, nijacy bohaterowie, a na koniec słodkopierdzące zakończenie, bo przecież nie można zwalać nikomu na głowę większych problemów, więc niech postacie się zbytnio nie przemęczają. 
Dlatego obawiałam się sięgnąć po "Czereśnie...". Nie chciałam znów się rozczarować. A tu proszę. Naprawdę miłe zaskoczenie.

Główna bohaterką jest Zosia, młoda kobieta, której najlepszą przyjaciółką, powierniczką, bratnią duszą jest Stefania, starsza pani z przeszłością skrywającą niemało sekretów. Dzięki niej życie Zosi zmienia się o sto osiemdziesiąt stopni, dziewczyna dojrzewa, a wydarzenia, których zaczyna być główną bohaterką wywierają na niej znaczące piętno. Zosia, tak jak każdy uczy się na błędach i  musi się czasem sparzyć, żeby potem dmuchać na zimne. Jest podobna do wielu z nas, takich, którzy dopiero wchodzą w dorosłe życie albo rozpoczynają w nim nowy etap i nachodzą ich czarne myśli czy dadzą sobie ze wszystkim radę. 

Proste dialogi, sielska wieś, gdzie każdy każdego zna i każdemu służy pomocą rozjaśniają ponurą rzeczywistość. Jakby autorka starała się przekonać, że kiedy pojawiają się kłopoty, zawsze znajdzie się ktoś, kto wyciągnie pomocną dłoń.  

W tle pojawia się motyw domu, budowy własnego bezpiecznego gniazda, poszukiwania swojego miejsca w świecie. I całkiem sprawnie został wkomponowany w całą fabułę, wręcz wydaje się nieodzownym elementem opowieści. Tak samo jak snuta przez pana Andrzeja historia rodem z lat trzydziestych ubiegłego wieku. W pewnym momencie zauważyłam, że właśnie ten powrót do przeszłości zainteresował mnie tak mocno, że najchętniej odpuściłabym wydarzenia dziejące się tu i teraz, byle jak najszybciej dowiedzieć się co się stało z Anną.

Zakończenie dość łatwo można przewidzieć. Właściwie już prolog nieśmiało nam go zwiastuje. Mimo to, czytanie sprawia niezwykłą przyjemność, zwłaszcza komuś kto lubi leniwe snucie opowieści o życiu. Narracja pierwszoosobowa znakomicie do tego pasuje.

"Czereśnie zawsze muszą być dwie" to spokojna, ciepła opowieść, z której wprost bije pozytywne nastawienie do świata. Nieważne jak układają się dotąd Twoje losy, przyjdzie moment, w którym znajdziesz swoje miejsce, swój czas, a ludzi, których ześle Ci los zostaną z Tobą, by razem dzielić się radościami i smutkami. To takie proste, a zarazem najtrudniejsze na świecie. Mimo wszystko trzeba wierzyć, że i nam się uda.
Dyskusyjny Klub Książki? - no pewnie, że warto!

Dyskusyjny Klub Książki? - no pewnie, że warto!



Słyszeliście? Byliście? Ja się wybrałam. I stwierdzam, że to był strzał w dziesiątkę!

Do tej pory DKK kojarzyło mi się z amerykańskimi filmami o latach pięćdziesiątych, w których panie domu spotykały się, żeby przy kawie i ciastkach porozmawiać o książce, a i tak potem skupiały się na aktualnych plotkach z okolicy. Mało zachęcające, jeśli ktoś wprost uwielbia czytać i dzielić się opiniami na temat świeżo zakończonej lektury. 

Na szczęście nie wszędzie tak to wygląda :-)

Każdego miesiąca Biblioteka Raczyńskich w Poznaniu w ramach Klubu Książki organizuje dyskusję. Idea jest prosta: zostaje wybrana książka, po której przeczytaniu przez uczestników toczy się dyskusja. Niezobowiązująca, bez szkolnego omawiania poszczególnych punktów programu. Po prostu, co ci się podobało, co nie, jak oceniasz bohatera, co lub kto wywarło na tobie wrażenie, itd. 

Wiem, że nie tylko w bibliotekach organizuje się takie wydarzenia. Ci, co chcą pogadać o książkach skrzykują się w grupy - media społecznościowe są w tym przypadku niezastąpione! - i co jakiś czas spotykają się, by wymienić opinie o lekturze. A że przy okazji można poznać ciekawych ludzi i pokonwersować na inne tematy? To wartość sama w sobie.

Na stronie biblioteki można sprawdzać, jakie książki "obowiązują" na następnym spotkaniu. Zresztą, można też delikatnie sugerować prowadzącym o czym chciałoby się porozmawiać.

Tematem ostatniego spotkania było książka Jakuba Żulczyka "Ślepnąc od świateł". Książkę skończyłam w tym samym dniu, w którym odbywało się spotkanie. Chyba chciałam mieć wszystko w głowie "na świeżo", żeby nie zapomnieć nic z fabuły. I nie byłam jedyna, która doczytywała lekturę tuż przed rozpoczęciem rozmowy.

To spotkanie pokazało mi ile można mieć spojrzeń na jedną powieść, bo przecież każdy z nas widzi co innego pod przykrywką danej sceny i może inaczej na nią spoglądać, wynosić z niej inne przesłanie. Tak samo odnieść się do całości, jedni uważają książkę za genialną i są skłonni sięgać po pozostałe pozycje autora, inni stwierdzają, że to jednak nie to, nie ten klimat, nie ta historia, czy bohaterowie. I każdy ma prawo wyrazić swoją opinię. W końcu ile osób, tyle gustów.

Ja wobec książki Jakuba Żulczyka mam mieszane uczucia. Podobał mi się styl, bo autor pisze tak, że kartki uciekają niepostrzeżenie. Ponadto, sposób budowy postaci wzbudza mój podziw. Żulczyk potrafił opisać go tak, że czytelnik zaczyna darzyć Jacka sympatią, mimo profesji, która w społeczeństwie nie jest uważana za chwalebną. Ilość przekleństw jest dość znośna, choć w kilku miejscach mnie zaczynały już razić. Ale powieści jako całości nie kupuję. Cóż, taki przywilej czytelnika. 

Mimo wszystko od teraz mój kalendarz co miesiąc będzie musiał zmieścić jeszcze jedno wydarzenie :-) 
#22 Neil Gaiman - Koralina

#22 Neil Gaiman - Koralina


Dziś krótka recenzja do krótkiej opowieści. 

Koralina ma dość wiecznie zajętych rodziców i sąsiadów zmieniających jej imię na pospolitą Karolinę. Po przeprowadzce do domu po babci wyrusza eksplorować ciekawe miejsca i w poszukiwaniu przygody trafia do świata po drugiej stronie drzwi. I przekonuje się, że wyobraźnia może sięgać o wiele dalej niż nam się śniło.

"Koralina" to już trzecia książka Neila Gaimana, która trafiła w moje ręce. Nie ukrywam, że pierwsze co mnie przekonało to okładki. Nowe wydania są po prostu magiczne, przyciągają wzrok i zachęcają do czytania. W przypadku "Koraliny" nie potrwa to długo. Lektura liczy sobie niewiele ponad sto stron, co pozwala rozprawić się z książką w jedno popołudnie.

Niesamowity klimat nie pozwala odkładać czytania aż do końca. W sposobie pisania Gaimana jest coś niezwykłego, specyficznego, dzięki czemu bez trudu można rozpoznać styl pisarza. Tu całą atmosferę buduje napięcie, z każdą kartką coraz większe i wcale nie ma tu wielkiego znaczenia, że "Koralina" jest książką dla dzieci.

Ten krótki horror nawet dorosłego może miejscami przyprawić o szybsze bicie serca, zwłaszcza kilka sugestywnych opisów, które i mnie się jeszcze czasem przypominają (jak np. oczy z guzików, brr!). Wprawdzie niektóre elementy historii zostały potraktowane powierzchownie - jak przedstawienie świata po drugiej stronie drzwi. Oprócz kilku szczegółów nie dowiemy się o nim wiele. Tak samo jak o Koralinie i jej rodzicach. Nie jest to na szczęście uciążliwie i nie wpływa na odbiór powieści.

W tej historii jest wszystko, co powinno być: przygoda, humor i morał - czasami te najłatwiejsze rozwiązania wcale nie są tymi najlepszymi.

Po przeczytaniu "Koraliny" zaczęłam się zastanawiać czy bez problemu można dać ją dzieciom. I sądzę, że tak, bo tak jak chodzenia czy mówienia, dzieci również muszą nauczyć się strachu.

Tym, którzy już mieli styczność z książką i tym, co dopiero będą chcieli ją przeczytać polecam też film animowany o tym samym tytule z 2009 roku w reżyserii Henry'ego Selicka. 






#21 Kimberly McCreight - Outliersi

#21 Kimberly McCreight - Outliersi




Co byś zrobił/a, gdyby ktoś z Twoich najbliższych wysłał Ci błagalną wiadomość z prośbą o pomoc? Bez wahania ruszyłbyś na pomoc? Czy chwilę zastanowił nad następnym krokiem? Wylie dostaje takiego SMS-a od swojej przyjaciółki Cassie i nie wie co ma zrobić, zwłaszcza, że od trzech tygodni nie wyściubiła nosa z domu.

Tak rozpoczyna się akcja książki o tajemniczym tytule "Outliersi". To solidna pozycja dla młodzieży okraszona dobrze zbudowanym wątkiem sensacyjnym. W pierwszej części powieści emocje rosną z każdą kartką, w drugiej nieco spadają, aż do momentu, w którym większość sekretów powoli zaczyna wychodzić na światło dzienne. Nie powiedziałabym, że wtedy akcja zaczyna pędzić na łeb na szyję, ale po okresie troszkę nudnej gadaniny wreszcie zaczyna się coś dziać.

Główna bohaterka, Wylie, wydaje się nieco irytującą postacią. Zdecydowanie bardziej konkretny jest Jasper, chłopak Cassie, którego Wylie od samego początku traktuje jak zło konieczne. On dobrze wie, co musi zrobić i nie roztrząsa wszystkich sytuacji na kawałeczki.  Dziewczyna, pomimo swoich nastu lat, ma już dość spory bagaż życiowy (swoją droga zauważyliście, że ostatnimi czasy spora część młodzieżowych bohaterów okrutnie cierpi i to bardziej na duszy niż ciele?). Wylie analizuje wszystko, co ją spotyka pod niemal każdym kątem, co z czasem zaczyna męczyć. Jest mało wyrazista, mdła, trochę jakby występowała w tle, a nie na pierwszym planie.

Akcja rozgrywa się w ciągu zaledwie kilku dni. Nie ma tu zbędnego przeciągania fabuły, niemal w każdym momencie dzieje się coś, co wpływa na postrzeganie całości opowieści, ale mimo to brakowało mi trzymających w napięciu scen (znalazłam ich może dwie?, a i tak nie zostały dostatecznie wykorzystane, tak, by w odpowiedni sposób pociągnęły spiralę wydarzeń).

Zdecydowanie na plus trzeba autorce zapisać sam pomysł na fabułę, wykorzystanie czegoś, co nie pojawiło się jeszcze w literaturze, no i zakończenie, a dokładnie ostatnie słowo w książce. Dzięki niemu wielu czytelników będzie zdecydowanych sięgnąć po kolejne pozycje McCreight. Ja przeczytam chyba tylko po to, żeby dowiedzieć się jakie losy czekają Wylie i Jaspera, bo wielką fanką pisarki raczej nie zostanę.
#20 Olga Rudnicka - Granat poproszę!

#20 Olga Rudnicka - Granat poproszę!



Moje pierwsze spotkanie z twórczością Olgi Rudnickiej przypadło na historię drobnej postury pisarki romantycznych powieści, która - pełna wiary w miłość do grobowej deski - dowiaduje się, że jej mąż postanawia odejść do innej kobiety, a ją, Emilię, zostawia z dziećmi, kredytem, upierdliwą matką i męczącą teściową.

Olga Rudnicka, mimo młodego wieku, ma już na koncie kilka książek. Pisarka serwuje nam kryminały z zacięciem humorystycznym, takie przy których zagadka zdaje się schodzić na drugi plan przy zachowaniu, wypowiedziach i zdarzeniach dotykających bohaterów. W "Granat poproszę!" mamy całą plejadę postaci nietuzinkowych, od myślącego rozporkiem Cezarego, przez Emilię martwiącą się sytuacją życiową wymyślanych protagonistów swoich książek, przez dwójkę rezolutnych nastolatków, po Adelę i Jadwigę, matkę i teściową kradnące show przez całą powieść. A jeśli dodamy do tego Wieśkę, nieprzeciętną agentkę Emilii, robi się z tego niezła szopka.

Starsze panie z werwą godną pozazdroszczenia od razu wzbudziły moją sympatię i z miejsca stały ulubionymi postaciami. Ich początkowa niechęć do siebie przeradza się we wspaniałą komitywę, kiedy uporządkowany świat Przecinków nagle staje na głowie. Kobiety postanawiają wziąć sprawy we własne ręce, nie pytając przy tym innych o zdanie. Momenty, w których zaczynają dyskutować wprawiają otoczenie w zakłopotanie, konsternację czy wstyd. A przecież one tylko się martwią!

Główna bohaterka, Emilia, poczytna pisarka romansów - w końcu ktoś ją rozpoznał i poprosił o autograf! - przechodzi w opowieści przez sporą metamorfozę, i nie mam tu na myśli zmiany wyglądu - choć i on spektakularnie zostaje poprawiony. Wydarzenia, których jesteśmy świadkami sprawiają, że Emilia z kobiety skupionej przede wszystkim na książkach przeistacza się w głowę rodziny, twardo stąpającą po ziemi, która przy wydatnej pomocy córki uświadamia sobie, że kredyt sam się nie spłaci.

Lekkie pióro autorki sprawia, że książkę można pochłonąć w jeden dzień. Akcja toczy się sprawnie, głównie w oparciu o dialogi, opisów nie ma wiele, a jeśli już się pojawiają, stanowią niezłe uzupełnienie fabuły. W powieści nie ma tradycyjnych rozdziałów, pisarka (albo wydawcy? nie wiem kto decyduje o takich sprawach) zdecydowała się na podział na sceny, dzięki czemu można przerwać lekturę w każdym momencie.

Nie mam wątpliwości, że to mój początek przygody z twórczością Olgi Rudnickiej. Jeśli inne jej książki trzymają podobny poziom, zostanę na dłużej.
Inny autor - ta sama książka?

Inny autor - ta sama książka?



David Lagercrantz już po raz drugi wziął na warsztat losy Lisbeth Salander i Mikaela Blomkqvista. "Mężczyzna, który gonił swój cień" to długo wyczekiwana nowość, która z pewnością zawita na listę bestsellerów. Dlaczego? Wystarczy napisać, że to kolejna część słynnej serii Millenium, a fani twórczości Stiega Larssona będą chcieli sprawdzić jak radzą sobie ich ulubieńcy i czy autor kontynuacji znów udźwignął ciężar, jaki wziął na barki mierząc się z fenomenem swojego poprzednika. 

Premiera 5 części Millenium to idealna okazja, żeby porozmawiać o pisaniu dalszych tomów czy zakończeń powieści w sytuacji śmierci, nazwijmy go, pierwotnego autora. Czy to ma sens? I co stoi za decyzją o podjęciu się tak karkołomnego przedsięwzięcia?

Odpowiedź nasuwa się sama. Pieniądze. Książki Larssona, już po jego nagłej śmierci, sprzedały się w wielomilionowym nakładzie. Prawa do ich wydania, z racji nieuregulowanego związku z niejaką Evą Gabrielsson, trafiły do ojca i brata Stiega, mimo, że od dawna panowie nie utrzymywali ze sobą kontaktów. Trylogia przyniosła im ogromny majątek, a wiadomo, że rezygnowanie z kury znoszącej złote jajka jest niczym strzał w stopę. Dlatego do napisania kolejnych tomów zostaje zatrudniony słynny szwedzki dziennikarz David Lagercrantz. 

W tym momencie pojawiają się kluczowe pytania. Czy książka wyglądałaby tak samo, gdyby pisał ją Larsson? Oczywiście, że nie. I czy z punktu widzenia zwykłej ludzkiej przyzwoitości pisanie kolejnych części jest zasadne? Przecież to nie już nie jest to samo. Nie ten styl, nie ta historia, która powinna powstać. Rozumiem, że świat biznesu jest okrutny i trzeba kuć żelazo póki gorące i póki ktoś jeszcze chce kupować Millenium, ale z drugiej żerowanie na czyimś sukcesie, choć nie przyłożyło się do niego ręki, wydaje się moralnie złe. 

W historii literatury są przykłady kontynuacji książek. Chritopher Tolkien dokończył i wydał "Silmarillion", przeprowadził też redakcję "Niedokończonych opowieści". Synowie J.R.R. Tolkiena nigdy jednak nie mieli zamiaru "wchodzić w buty" sławnego ojca i w ramach rodzinnego biznesu dopisywać kolejnych tomów do jego dzieł.

Brian Herbert poszedł krok dalej. Dotąd, wspólnie z Kevinem Andersonem, napisał aż cztery cykle "Diuny", dzieła życia Franka Herberta. Stało się to pewnie sposobem na życie, dokończenie historii rozpoczętej przez ojca i szansą na zaistnienie w gronie pisarzy.

Dotąd nie znalazłam sposobu na traktowanie podobnych kontynuacji. Czytać czy nie? Dać szansę czy dać sobie spokój? Jasne, jeśli ktoś nie chce żegnać się z ulubionymi bohaterami to sięgnie po następny tom, tylko musi sobie wtedy zadać pytanie czy tak powinny wyglądać ich losy?

Szkoda, że tak naprawdę nigdy nie usłyszy na nie odpowiedzi. 
#19 Guillame Musso - Dziewczyna z Brooklynu

#19 Guillame Musso - Dziewczyna z Brooklynu



W pewnym wieku człowiek nie boi się już niczego... z wyjątkiem wspomnień. 

Mniej wiesz, lepiej śpisz. A kiedy poznasz czyjeś tajemnice, musisz się liczyć z konsekwencjami prawdy. Tak jak Raphael, który tuż przed ślubem z Anne dowiaduje się o niej czegoś, co wywraca życie obojga do góry nogami. 

Guillaume Musso to jeden z najpoczytniejszych francuskich pisarzy. Jego powieści sprzedają się wyśmienicie, a wielu czytelników uważa go za mistrza w swoim fachu. Mimo, że często natrafiałam na to nazwisko, dopiero teraz postanowiłam przeczytać którąś z napisanych przez niego książek. Padło na nowość "Dziewczynę z Brooklynu". Jako, że to było moje pierwsze podejście, zupełnie nie wiedziałam czego mogę się spodziewać.

I teraz, świeżo po lekturze, sama nie wiem czy sięgnę po kolejne dzieło Musso. Owszem, historia od początku do końca wydawała się bardzo interesująca, świetnie zawiązane wątki, mnóstwo cliffhangerów przenoszących akcje i zainteresowanie czytelnika cały czas w kierunku, z którego nie ma już odwrotu, sekrety tytułowej bohaterki wychodzące na światło dzienne niczym grzyby po jesiennym deszczu i zakończenie, którego nie starałabym się nawet przewidzieć (choć kilka ostatnich stron wydawało się mocno naciąganych). Jednym słowem, ideał.

No nie do końca. O ile fabule nie można nic zarzucić, bo została nieźle skonstruowana  i ani na chwilę czytelnik nie traci uwagi, to czasem sposób wykonania zaczynał mnie lekko irytować. Rozdziały pisane z punktu widzenia Raphaela w narracji pierwszoosobowej, a Marca w trzecio. Spotkałam się nie raz z tym zabiegiem i krótko mówiąc, nie przypadł mi do gustu. Zabrakło mi tu spójności, którą naprawdę bardzo cenię. Możecie powiedzieć, że się czepiam i że to nie jest istotny szczegół, ale podczas czytania mocno dawał mi się we znaki, a to sprawia, że przestaję cieszyć się lekturą.

Bohaterowie. Niby tu też wszystko w porządku, Raphael budzi sympatię od samego początku, ciężko potraktowana przez los Anna również. Marc to mężczyzna po przejściach, emerytowany policjant, surowy w obyciu, ale to ten pozytywny, więc jakoś można to przeżyć. Chyba jednak nikt z tej trójki nie zainteresował mnie na dłużej. Mimo ogromu ciągnących się za nią tajemnic, potencjał tkwiący w Annie nie został wykorzystany. Pełnia uwagi została przeniesiona na jej matkę i, koniec końców, rozumiem czemu, ale nadal czuję niesmak. Tytułowa dziewczyna fizycznie pojawiła się bowiem w książce tylko dwa razy.

Z "Dziewczyny z Brooklynu" można było wyciągnąć więcej. Potencjał historii wydawał się znacznie większy niż jej wykonanie. Trochę taki przerost formy nad treścią.

Cóż, mój książkowy wrzesień nie zaczął się od dobrego wyboru. 
Copyright © 2014 Uczta dla duszy , Blogger